Uśmiech dziecka, czyli co nakręca w dogoterapii?


Przyglądając się licznym wypowiedziom na portalach społecznościowych dotyczących terapii i edukacji z udziałem psów można by sądzić, że dogoterapeuta w tych czasach to wolontariusz z wizją uratowania świata. A dobro dzieci (chociaż czasami ograniczone do nauki, jak dobrze klepać psa)  to jedyny wyraźnie zaakcentowany motyw do ponoszenia dużych kosztów związanych z zakupem wysoce wyspecjalizowanego szczeniaka i  zdobycia certyfikatu, najlepiej na druku MEN -- w co trudno uwierzyć ;-)
To, że motywują nas pieniądze jest wiedzą powszechną i chyba nie należy się tego wstydzić (no chyba, że to jedyny cel).  A uznanie? Czy pochwała (premia) nie są wyznacznikami tego, że wykonuje się pracę dobrze ? A osiągnięcia? Tutaj najczęściej własne utożsamiane z osiągnięciami dzieci ( które w większości można uzyskać bez udziału psów), czyż nie odczuwamy satysfakcji po tym, jak uda się – nierzadko pokonując przeciwności i trudności – osiągnąć zamierzony cel i zrealizować zadanie? Jest jeszcze prestiż. Szacunek otoczenia – znajomych, rodziny. Status społeczny związany z wykonywaną pracą, to również czynnik napędzający zaangażowanie w pracę. Jakie prace wybierać, jeśli ważny jest  prestiż? Ano takie, które cieszą się społecznym uznaniem – czy dogoterapeuta nie jest tu dobrym przykładem? Siła i sprawczość. Poczucie kontroli nad innymi można nazwać potrzebą siły – nie chodzi tu jednak o przemoc, a o poczucie tego, że mamy wpływ na to co dzieje się z innymi. No i wysokie poczucie własnej wartości (tak mocno podkreślane w efektach). Czy czujesz się jednym z wielu, czy jednostką wyjątkową, którą trudno byłoby zastąpić? Poczucie niezastąpienia, wyjątkowości jest dla wielu silnym motywatorem. W końcu dogoterapeuta to ktoś  o uprawnieniach, których nie mają inni – nawet na podobnych stanowiskach. Wszystkie wymienione wyżej czynniki są w pracy ważne. Dla każdego  pewnie w nieco innym stopniu. Warto jednak poznać swoją motywację, by lepiej poznać siebie. Więc, czy aby na pewno te psy są ciągane wyłącznie dla dobra dzieci?
AAE. Czy dotykanie psa to jedyny kanał jego dobrego poznania? A bez psa nie można? Otóż można.  Dobrych manier wobec psów można  nauczyć bez ich udziału. Można bez psów wyedukować dzieci  w zakresie bezpiecznych zachowań w obecności psów oraz odpowiedzialnej opieki nad nimi. Przecież ucząc zachowań wobec młodej sarny, czy napotkanej żmii, nie przynosi się ich do szkoły. Psy nie są potrzebne, by dzieci nauczyły się odróżniać kolory, dodawać patyczki i pokonywać tor przeszkód na wuefie.
 Czy rola psów – tak mocno podkreślana - nie jest aby wyrazem zwątpienia we własne kompetencje i kreatywność? Scedowanie na psa odpowiedzialności za atrakcyjność zajęć jest mocno wyeksponowane, a zadowolenie dzieci (szczególnie ich uśmiech) jest tak mocno podkreślane, jakby w życiu tych biednych dzieci nie było innych powodów do radości. A ja tu autorytarnie stwierdzę, że przynoszenie kartonowego pudła (zawierającego proste w kreatywny sposób wykorzystywane przedmioty) budzą tyle samo pozytywnych emocji, jak nie więcej. Bo do głosu dochodzi jeszcze dziecięca kreatywność, spontaniczność, a nie odwzorowywanie narzucanych zazwyczaj pomysłów. Warto też nie przeceniać swojego udziału, bo radość dzieci może być spowodowana efektem nowości ( to, co sporadyczne, zawsze bardziej cieszy niż powszechne), a może też hedonizmem – bo to zajęcia o niskim stopniu intelektualnego zaangażowania, a nikt nie lubi się przemęczać…  Czy dlatego że zwierzęta nie są takie jak ludzie, mogą jawić się człowiekowi jako „lepszy człowiek” i tłumaczyć rosnące w ostatnich latach znaczenie zwierzęcia jako „terapeuty” bądź pedagoga?
Nie bardzo też wiem, jak można pogodzić deklarowaną miłość do psów, uczyć dzieci dbałości o psy, a jednocześnie pakować je w trudne sytuacje i to często bez jakiegoś logicznie uzasadnionego powodu. A to, że za naturalne środowisko psa uznano  człowieka, jego strukturę społeczną i otoczenie nie daje człowiekowi uprawnień do podporządkowania psa do swoich potrzeb nie uwzględniając jego.
Może to brzmi płytko, ale nie oszukujmy się dogoterapia to niezły biznes ( więcej zanotowałam ogłoszeń o kursach niż zainteresowanych nimi osób). No i nakręcanie popytu na psy….to bardzo dochodowy interes dla „wyspecjalizowanych” hodowli.

 Dogoterapaia w Polsce kiepskością stoi. I wiem, że większość zaprzeczy. Wiem też, że to się szybko nie zmieni, bo świadomość to jeszcze nie wszystko.

Owce to nie zabawki dla psów

Z <https://www.blogger.com/blogger.g?blogID=5178687788250986365#editor>
Wystarczy postawić pasącym kilka prostych pytań na temat pasienia, by uzyskać niezłożone odpowiedzi, wyraźnie wskazujące na niedostateczną wiedzę o owcach oraz na egocentryczną motywację do jego praktykowania. Viola Hebeler  (specjalistka od borderów i lek.weterynarii) stwierdza :” pies pasterski, jako pies domowy jest niezrównoważony. Jako pies pracujący jest umysłowo nieprzystosowany. Dostarczanie mu owiec jako zadania jest niezgodna z prawem ochrony zwierząt. Owce to nie zabawki dla psów”.

    Niektórzy mają rację, jestem zamknięta na rozmowę o pasieniu. I nie do przekonania ani dobrym słowem, ani kijem. Nigdy taki sposób aktywności z psem nie przyszedł mi nawet do głowy, a już z pewnością nie zauczestniczę w pasterskim wydarzeniu w żaden weekend.  Nie jednak z powodów wymienionych w żałosnej próbie dyskredytacji mnie jako  interlokutora i człowieka. Długo zdobywana, kształtowana i ugruntowana wiedza, pozwala mi śmiało wyrażać  swoje w tym temacie stanowisko. Nie muszę się przy tym posiłkować personalnym  atakiem dla jego obrony . O ile w sytuacji dogoterapii (czy pracy z koniem) można się doszukać racjonalnego tłumaczenia owych działań. Przy tym można tak owe działania zorganizować, by zminimalizować dyskomfort zwierząt, o tyle w przeganianiu owiec, specjalnie w tym celu trzymanych i rozmnażanych, z kąta w kąt przez przypadkowe psy i ludzi, trudno się owego rozsądku i racjonalności doszukać.  Ja rozumiem (nie tłumaczę), że zanegowanie czegoś, co się komuś wydaje świetną zabawą, że informacja , która jest sprzeczna z wyobrażeniem siebie jako osoby rozsądnej i sensownej budzi poznawczy dysonans. A ten zaś wywołuje uczucie dyskomfortu,  co z kolei uruchamia podejmowanie prób mających na celu jego zredukowanie.
Zostaje żałować, że nie jednak poprzez zmianę zachowania, a poprzez podejmowanie śmiesznych sposobów…
Zaganianie owiec psami nie ma w polskiej rzeczywistości swojej historii (szczególnie psami sprowadzonymi z Ameryki, czy Australii). 

Ale w historii jest, że przeganianiem owiec zajmowali się najczęściej najgłupsi w wiosce…

Pies w terapii

Informacje: e-mail: beatacool@gmil.com
To moja kolejna publikacja  Tym razem nie jest to poradnik metodyczny, jak poprzednie. Pierwszy rozdział dotyczy udomowienia,kolejny teorii wyjaśniających efekty terapeutyczne interakcji człowiek- zwierzęta, natomiast pozostałe zawierają kwestie dotyczące dobrostanu psów angażowanych w terapii. Od definicji, poprzez sygnały obniżonego dobrostanu, na standardach pracy kończąc. Zapraszam do lektury.

http://allegro.pl/pies-w-terapii-kulisiewicz-dogoterapia-i6860302325.html

Owce i barany ....

     Postawy człowieka wobec niektórych zwierząt często są zdumiewająco zmienne i arbitralne. Dziwaczne zaiste i „cudowne” bywają też sposoby, jakimi ludzie próbują tłumaczyć te różnice. Zwierzęta poddane są woli człowieka, a dla większości gatunków ta utrata niezależności ma niszczycielskie konsekwencje. Wykorzystywanie zwierząt może posunąć się bardzo daleko.
     Być może wydaje się, że słoń siedzący na stołku odczuwa radość. Być może człowiek  wierzy, że psy chętnie noszą barwne ubranka … każe więc im to robić i zaprzecza oskarżeniom, iż wykorzystuje te zwierzęta wyłącznie dla siebie.
     W ostatnich dekadach można zauważyć wzrost zainteresowania owcami jak najzupełniej prawdziwymi. A dokładniej wykorzystaniem psów do pasienia owiec. Oczywiście psy pasterskie pomagają ludziom od dawna, ale zainteresowanie tym zajęciem statystycznych właścicieli owczarków jest zjawiskiem relatywnie nowym.
     Z pozoru można by zaliczyć pasterstwo do fali zainteresowania sportami kynologicznymi, wymagającymi redefinicji relacji człowiek pies w oparciu o nowe metody szkoleniowe. Jednak tylko z pozoru. Dyscypliny takie jak agility, dogfrisbee są sportami bezpośrednio wynikającymi ze zmian w relacji człowiek – pies i  stanowią próbę zastąpienia dawnych aktywności. (Włodarczyk, 2014)
      Skąd więc wziął się wzrost zainteresowania pasieniem? Jaką potrzebę, a może jaką fantazję chce zrealizować praktyk pasterstwa? Czy to jedynie atrakcyjna forma spędzania wolnego czasu? Możliwa droga życiowa prowadząca do uzyskania dóbr materialnych  i prestiżu społecznego? Sposób „leczenia” psów z ich behawioralnych problemów? A może to pastoralizm -  nostalgiczny zwrot ku przeszłości ? Jednak związane z nim wartości („powrotu do natury”) są sprzeczne z filozofią większości obrońców praw zwierząt oraz z głęboką ekologią.
W Szwecji ustawa o ochronie zwierząt utrudnia organizowanie szkoleń i zawodów pasterskich jako wywołujących dyskomfort zwierząt gospodarskich (tamże).
     Nie brakłoby palców jednej ręki do policzenia osób, które najpierw zajmowały się hodowlą bydła lub owiec, a  dopiero później kupiły psa do pomocy w gospodarce. Najczęstszy scenariusz jest jednak taki, że najpierw człowiek nabywa psa rasy pasterskiej, a później zaczyna interesować się i parać pasieniem. Są to zatem osoby,  których relacja z psem jest relacją podstawową, a pasienie ma być formą powrotu do użytkowości psa. Sęk w tym, że ta „naturalna” wartość jest tworzona sztucznie. Biorąc pod uwagę choćby wystawy psów rasowych, które nie przysłużyły się psom pasterskim, gdyż pod wpływem selekcji wyłącznie pod kątem eksterieru doprowadzono do zaniku instynktu pasterskiego (zresztą bardziej umiejętności niż instynktu  i wywołanej w drodze sztucznej selekcji i uczenia).
     Aspirujący pasterz nie ma rzeczywistej potrzeby posiadania psa pasterskiego, a zaganianie owiec psami nie ma nawet w polskiej rzeczywistości długiej i znaczącej historii (szczególnie psami sprowadzonymi z Ameryki, czy Australii). Większość osób zaangażowanych w pasterstwo w ogóle nie posiada owiec ( i niewiele, a właściwie nic o nich nie wie), to opiekunowie najczęściej jednego psa (często problemowego), którzy chcą sprawdzić, czy zachował on swój pierwotny instynkt (pasienia, rozumiany jako przerwany w odpowiednim momencie łańcuch łowiecki – co ważne). Jeżeli pies „instynkt zachowa”, a przynajmniej jeśli wygląda, jakby to lubił, decydują się kontynuować zajęcie. Jednak są to osoby związane ze swoimi psami silną więzią afektywną, niezależną od ich wartości użytkowej. Priorytety takiego opiekuna psa, który nie jest właścicielem stada, będą zupełnie inne. Weekendowego pasterza nie interesuje, czy to jest dobre dla owiec. Nie wie, bądź nie zauważa różnicy w pracy psa, który od szczeniaka przebywa na farmie, od tego, który widzi owce sporadycznie. Pies pomagający hodowcy w pracy nie powinien prezentować żadnych zachowań agresywnych w stosunku do owiec, jeśli im zagraża, atakuje, rani, powoduje wypadki - jest eliminowany z tego typu pracy jako potencjalne zagrożenie dla stada. Dla hodowcy jest to  priorytetem, bo każda owca to potencjalny zysk w postaci wartościowego mięsa, skóry i runa, a jej leczenie przysparza dodatkowych kosztów.
W pasieniu sportowym czy tym weekendowym priorytetem jest pies, a owca nie stanowi żadnej wartości.
     Czy weekendowy pastuch wie, że owca odróżnia poszczególnych  drapieżników i że każdy kolejny pies, to nowa niewiadoma, być może kolejne zagrożenie dla życia? Owce nigdy nie straszone, nie zaganiane, dobrze traktowane potrafią w sytuacji zagrożenia bronić siebie i jagnięta. I nie jest prawdą, że stado owiec, które nie zna zaganiania i psów, będzie przed psem uciekać bardziej niż te „oswojone” z pasieniem.
     Czy owcopas ma świadomość, że organizatorzy pasienia często oddzielają jagnięta, co jest dla nich sporym stresem? Pozbawione wsparcia dorosłych maluchy łatwiej przestraszyć, częściej będą szukać jakiejkolwiek pomocy, choćby obcego człowieka. Nie ma też zagrożenia, że dorosłe pewne siebie osobniki stawią psu opór (o ile w owcach nauczonych uciekania od psa w celu uniknięcia kłopotów, może pojawić się jeszcze jakiś opór). Tak więc jeśli pasterz wie, to pewnie to egoistycznie docenia. Młode owce oddzielone od dorosłych, wystraszone w poszukiwaniu pomocy pchają się pod nogi człowieka (starsze wiedzą, co robić, żeby chronić się przed psem... w miarę możliwości), co ten odczytuje jako wynik fantastycznej psiej pracy. Czy przewiduje, że  jagnię oddzielone od matki nie ma szans z psem, często nie kontrolującym zachowań agresywnych?
Czy widzi stres, strach i ból uciekających, oddzielonych chwilowo od grupy, czy zrzucających z grzbietu psa lub pokąsanych owiec, czy też traktuje takie wypadki, jako naturalny etap w osiągnięciu psiego mistrzostwa? I rzecz jasna swojego.
Pasienie staje się modne, coraz częściej bywa brutalną zabawą, formą wyżycia się sfrustrowanych, czasami agresywnych psów. Mało kto w tej zabawie patrzy na owce, są tu tylko narzędziami.
Czy psy zasługują na względy moralne bardziej niż owce? Czy mają jakąś charakterystyczną cechę, która upoważnia je do tak uprzywilejowanego traktowania?  Zrozumiałe, że psy pod względem estetycznym są od owiec przyjemniejsze. Ale czy uroda celebrytki  daje jej moralną wyższość nad mało przystojnym biskupem? Owce wcale nie są mniej inteligentne od psów: są zwierzętami społecznymi, wrażliwymi, a oswojone stają się miłymi pieszczochami. Mają coś na kształt kodeksu zasad przekazywanego z pokolenia na pokolenie w stadzie oraz subtelną komunikację, którą zaczyna się poprawnie czytać przebywając z nimi kilka godzin dziennie przez długi czas. Rozpoznają twarze i świetnie je zapamiętują, potrafią też  rozpoznać ludzkie emocje. Czy człowiek potrafi to samo względem nich? Mają zaawansowane umiejętności uczenia się, niektóre zadania rozwiązują na poziomie równym naczelnym, potrafią planować i przeżywać żałobę. Aby nie rzucać się w oczy drapieżnikowi, unikają okazywania bólu.
Dlaczego niektórzy nie kierują się wobec nich takimi samymi względami moralnymi, jak wobec psów? I oto paradoks. Z jednej strony mają zwierzęta nazywane ulubieńcami. Karmią je i o nie dbają. Okazują oburzenie i gniew, gdy są źle traktowane, a z drugiej strony są zwierzęta, które traktują jak bezwartościowe przedmioty, pozbawione uczuć i wrażeń. Jakość życia jaką im fundują „ miłośnicy zwierząt”, świadczy często o ich pogardzie. Ów stan rzeczy jest niepokojący dlatego, że hołduje dwu całkowicie sprzecznym systemom wartości moralnym. Sytuacja ta byłaby moralnie i psychicznie trudna do zniesienia, ale tak nie jest. Człowiek rozmyślnie fabrykuje rozgrzeszające usprawiedliwienia krzywdzenie zwierząt i ich cierpień.
Często rozpowszechnioną metodą uzasadniania szkodliwej eksploatacji innych istot jest tworzenie ich fałszywych wizerunków (głupia owca); rozmyślne lub nieświadome zniekształcanie faktów (owcom to nie przeszkadza, nie uciekają, tylko się przesuwają), tak by cierpienie zwierząt wydało się właściwe (są uwarunkowane genetycznie, uratowano je przed rzeźnią) lub nawet konieczne ( pasąc mój piesek się naprawił)…

Prawda jest taka, że to właśnie empatia i identyfikowanie się ze zwierzętami oraz odczuwanie winy i wstydu za ich krzywdzenie jest dla człowieka  czymś normalnym i naturalnym. Jest istotą człowieczeństwa. O człowieku świadczy jego stosunek do zwierząt.

Zanim człowiek posiadł umiejętność udomowienia zwierząt dla własnej korzyści, musiał najpierw stoczyć wewnętrzną walkę. Dopiero gdy posiadł umiejętność kontrolowania własnych odruchów, poskramiania własnych popędów oraz rezygnowania z bezpośredniego i natychmiastowego zaspokajania własnych potrzeb - nauczył się odpowiadać za swoją trzodę. Warunkiem opanowania zwierzęcia było samoopanowanie człowieka. Niestety niektórzy, wciąż tego nie potrafią….

Igrzyska pod psem


Co decyduje o tym, że nasza współpraca z pewnymi gatunkami zwierząt układa się pomyślnie, a z innymi jest niemożliwa? Zaledwie kilkanaście lub co najwyżej kilkadziesiąt genów odróżnia nas od szympansa. Pomimo to, naczelne nie są zainteresowane współpracą z człowiekiem. Tak więc podobieństwo biologiczne nie jest decydujące.
   Psy natomiast musiały wypracować sposoby koegzystencji z niespokrewnionymi zwierzętami, gdyż w przeciwnym wypadku czekałoby je uciążliwe życie w ciągłej nieufności i walce. (Bradshaw, 2012).
   Psy znajdują się w jednej trzeciej gospodarstw domowych, ich popularyzację przypisuje się również zjawisku, które pojawiło się w odpowiedzi na spadek urodzeń, urbanizacje, uczuciowe wyobcowanie. Proces ten opisano jako zjawisko kulturowe, zmiana statusu zwierzęcia jest bowiem konsekwencją tego, że człowiek zaczął je inaczej postrzegać. Nowy obraz psa, podkreśla jego przymioty jako towarzysza, przyjaciela, powiernika, druha oddanego, zwłaszcza wobec dzieci. Człowiek zaczął dzielić z psem swoje życie, dom i zasoby ekonomiczne.
   Jednym z tego przejawów jest aktywność z psem.  

Do najbardziej owocnych aktywności z psami można zaliczyć wystawy psów. Jak twierdzi większość uczestników, spotykają się tam w celach towarzyskich …to musi być bardzo intensywna aktywność, bo w jej wyniku wkrótce pojawiają się ogłoszenia o kolejnych miotach.
   Agility. Pierwotnie sport ten zyskał popularność jako przerywnik w czasie zawodów jeździeckich.  W jakim celu? Zapewne dla ludzkiej, bo chyba nie psiej rozrywki. Współcześnie zdobywa w Polsce popularność, jednakże nie rozwija się prężnie, bo trening z psem, szczególnie na początkowym etapie wymaga niezłej kondycji właściciela. Bo przecież o niego tu chodzi, a nie o wyczerpujący trening, zbędne pobudzenie, czy możliwy uraz psa,
   Wraz ze wzrostem temperatury otoczenia wzrasta liczba imprez dogtrekkingowych. W największym skrócie, jest to turystyka z psem (lub dwoma) przypiętym do opiekuna za pomocą linki amortyzowanej oraz pasa biodrowego (źródło Internet)
Czym dogtrekking różni się od zwykłego spaceru?
„Różnica tkwi przede wszystkim w długości trasy. Te krótsze - długości 15-20 km jest w stanie przejść praktycznie każdy zdrowy człowiek. Ale przebycie już 40 km wymaga dobrego przygotowania kondycyjnego” - brzmi wyjaśnienie na jednej z internetowych stron. Jak nie trudno zauważyć w opisie dystans dopasowuje się do człowieka i z góry zakłada, że pies temu podoła.
   Niektóre z imprez przybierają formę swoistych igrzysk: długi dystans na czas, ludzie nakręceni na wygraną, podział na klasy kobiet i mężczyzn, rywalizacja, lśniące puchary dla zwycięzców i oczywiście huczne zakończenie połączone z konsumpcją ubitej świni w postaci kiełbasek, bo cóż innego mogliby spożyć prawdziwi miłośnicy zwierząt. A często to wszystko za pozyskaną unijną kasę…

Aktywność z psem ma różne formy, a biznes na psach ma rożne nazwy …


O psie, koniu i hipokryzji


                                                                                                                                                                                Tak jak koń nie urodził się z siodłem na grzbiecie, tak pies z obrożą na szyi.
Nie prosi nas koń , by na nim jeździć i nie prosi nas pies, by zabrać go na wystawę, dogtrekking, czy też dogoterapię.

      Zanim człowiek udomowił konie polował na nie dla mięsa, zaganiając stada na skraj urwiska... Jakkolwiek okrutne by to nie było, wskazuje jednoznacznie na fakt, że człowiek poznał konie i ich naturę jeszcze przed ich udomowieniem. 
     Koń został udomowiony jako ostatnie z dzisiejszych zwierząt domowych. Pierwszy procesowi domestykacji uległ pies (koegzystencja drapieżników), koń miał żarcie pod kopytami i nie był zainteresowany niejadalnymi dla człowieka częściami jego ofiar... potem były kozy i owce, bydło, trzoda i drób…

      Koń był na końcu - samo udomowienie konia nie było rewolucją. Było nią odkrycie jazdy wierzchem .

     Wraz z koniem pojawiły się możliwości transportu towarów, komunikacji, ułatwione zostało polowanie, konie zaczęto wykorzystywać w rolnictwie. 
     
      Sama budowa końskiego grzbietu, wygiętego pośrodku sugeruje by na ten grzbiet coś wrzucić lub samemu usiąść. Diastema w dolnej szczęce (bezzębna część żuchwy) jest idealnym miejscem na umieszczenie kiełzna. Mostek konia jest elastyczny, przedłużony dodatkowo chrząstką, co umożliwia nam zapinanie popręgu i mocowanie siodła na końskim grzbiecie. Nie ma siły, by człowiek nie dostrzegł możliwości, jakie zaoferował mu koń. ( www.socjal-peek.com)

     Można by rzec, że to koniom wielkie cywilizacje zawdzięczają swoje powstanie i rozwój. Dzięki końskim kopytom człowiek mógł pokonywać obszary, które dotąd były naturalną barierą dla ludzi nieprzebytą, a więc upowszechniać wiedzę, obce kultury i rozwój techniki, wpajać religię.    
       Przenosił nawet własne geny, jak czynił to kochliwy Czyngis Chan, który na świecie pozostawił 16 milionów swoich potomków…

Może i kropla tej mongolskiej krwi tętni i w moich żyłach?

      Koń towarzyszył człowiekowi nie tylko w znoju codziennego życia, ale był również partnerem we wszystkich toczonych przez niego wojnach.
  
     Obronił  się koń robotą u boku człowieka przed ewolucją i presją drapieżników… gdyby nie to, że koń został udomowiony i użytkowany wyginąłby w plejstocenie…

       Kto jest zatem hipokrytą, czy ten kto zwierze użytkuje zgodnie z jego udomowieniem dbając o jego dobrostan, czy ten, kto trzyma rasy północne na kanapie 23 godziny na dobę lub  opisuje zdjęcie swojego psa „mój synek”,a nic o nim nie wie?