Terapia i edukacje z psem w teorii i w praktyce - seminarium

Pomysł przygotowania seminarium pojawił się jako efekt licznych dyskusji na temat tego, co od dłuższego czasu dzieje się w dogoterapii. Zerojedynkowe traktowanie psa jak robota do bezwzględnego wykonywania poleceń, brak elementarnej wiedzy dotyczącej stresu, dyskomfortu i przekonanie o słuszności stosowanych metod budzi sprzeciw, czasem trudny do przyjęcia. Współczesne badania dotyczące dobrostanu, stresu, emocji wytyczają nowe trendy w pracy, w której wykorzystujemy zwierzęta. Profesjonalne wykorzystanie psa w działaniach terapeutycznych i edukacyjnych wymaga znajomości metodyki pracy z dzieckiem w tym z trudnościami rozwojowymi, wiedzy dotyczącej dobrostanu i potrzeb zwierzęcia. Specjaliści prowadzący terapie i edukację z psem muszą posiadać wiedzę co do możliwości i ograniczeń zwierząt z którymi pracują; powinni rozumieć i brać pod uwagę te ograniczenia szczególnie podczas bezpośrednich kontaktów ze zwierzętami. Ponadto winni posiadać wiedzę i umiejętności takiego angażowania psów, by ich bezpieczeństwo i komfort nigdy nie były zagrożone. Taka wiedzę zdobędziesz na seminarium, a ponadto zostaną omówione: 1. Deontologia zawodu Dogo/kynoterapeuty 2. Domestykacja, bo to ona ukształtowała wzajemne interakcje 3. Teorie wyjaśniające efekty terapeutyczne interakcji ze zwierzętami. Oparcie na dowodach. 4. Dogoterapia - rozważania terminologiczne. 5. Behawioralne i fizjologiczne wskaźniki obniżonego dobrostanu psów angażowanych w terapii i edukacji. 6. Standardy pracy dla ludzi i zwierząt 7. Metodyka pracy. Tu zostaną omówione zasady konstruowania programów terapeutycznych lub edukacyjnych z udziałem zwierząt i sposobów ich realizacji uwzględniający dobrostan wszystkich uczestników zajęć w formie pokazu, prezentacji, warsztatów z czynnym uczestnictwem i samodzielnym opracowywaniem część zagadnień. Seminarium jest ofertą dla nauczycieli, metodyków, studentów specjalności pedagogicznych oraz rodziców, którzy są z interesowani poznaniem sposobów oddziaływań, doborem form i środków dla złagodzenia skutków choroby i niepełnosprawności oraz wspomagania rozwoju dzieci i dorosłych. Seminarium przeciwnie do biernego wysłuchiwania wiedzy na wykładzie, pozwoli nie tylko na zapoznanie się z nową wiedzą, ale na zweryfikowanie iutrwalenie już posiadanej Prowadzący: Dr Beata Kulisiewicz – pedagog, psycholog zwierząt, dogoterapeuta. Właścicielka adoptowanych psów, kotów i koni. Autorka publikacji i artykułów o dogoterapii. Uczestniczka wielu kursów i seminariów kynologicznych. Praktyk z wieloletnim doświadczeniem. Termin: 23 luty 2019 Miejsce: Agroturystyka Sokole Ranczo, ul. Zrębska 39; 42-256 Biskupice Koszt: 250,00 od osoby (Cena nie zawiera obiadu – możliwość zamówienia na miejscu oraz noclegu) Organizator: Michał Kucharczyk SmartAdvice ul. Olimpijska 1/3 58-301 Wałbrzych tel. 606-462-677 Zgłoszenia: e-mail:kontakt@smartadvice.pl

Pies przyjaciel i cudotwórca

Miałam możliwość uczestniczenia w konferencji w ramach kampanii społecznej „Autyzm. Codzienność...Jak pomoc”. Moje zainteresowanie konferencją przyciągnął organizator, którym jest Regionalny Ośrodek Metodyczno-Edukacyjny Metis w Katowicach cieszący się opinią dobrze przygotowanych merytorycznie i organizacyjnie kursów. A temat dogoterapii oraz to, że konferencja odbywała się „ na miejscu” tym bardziej zachęciły. Dawno już nie uczestniczyłam w żadnym doskonaleniu z zakresu dogoterapii, więc byłam bardzo ciekawa i „głodna” nowinek, aktualnego postrzegania terapii z udziałem psów, przestrzeganych standardów i rzetelnej wiedzy potwierdzonej dobrymi naukowo wynikami. W końcu to konferencja, więc już sama nazwa zobowiązuje… Temat dotyczący dogoterapii został jednak zaprezentowany jako luźna opowieść dogoterapeutki o jej pracy i spektakularnych sukcesach. W konferencji uczestniczył też pies, czego do końca nie rozumiem, bo uczestnicy to osoby dorosłe i chyba nie było takiej, która by psa nie widziała. Tym bardziej, że nie przewidziano pokazu poza dwoma komendami siad i głos. Przypuszczam, ze być może zamiarem dogoterapeutki było przedstawienie, że takim terapeutycznym psem może być nawet zwykły kundelek ze schroniska, a nawet dodatkowo ślepy na jedno oko pies. To, że nie widzi w niczym mu podobno nie przeszkadza (czyżby?) a dogoterapeutce wręcz pomaga w tłumaczeniu i pokazaniu, że bycie innym nie znaczy gorszym. Sygnały stresu takie jak ziewanie, otrzepywanie, przeciąganie czy opieranie łap o właścicielkę zostały zignorowane A ślinienie zinterpretowane jako zachowanie naśladowcze w związku z życiem w stadzie (sic) nowofundlandów, a drapanie jako nieodpowiedni moment na higienę, bo przecież ogół zgromadzonych to ograniczeni, którzy nie zrozumieją, że pies może się stresować nową sytuacją. Eee nie, no nie, noo gdzie? przecież pies terapeutyczny, nawet jednooki musi dać rade zawsze! Bo nie przypuszczam, że z takim wieloletnim doświadczeniem (jak się pani zaprezentowała) dogoterapeutka tego nie wie. Pies zalega u stóp prelegentki. Pomimo wyraźnych sygnałów dyskomfortu słyszymy, że najważniejsze jest, by psu było dobrze. Jakby mu nie było dobrze, toby sobie tak nie leżał Nie bardzo wiem, co miałby robić bez reakcji na próby oddalenia i przytrzymanie na smyczy. Zakładając czego oczekują uczestnicy konferencji dogoterapeutka zaczęła od wyjaśnienia definicji dogoterapii. I to jest ta uwielbiana przeze mnie chwila, kiedy to dla podkreślenia swojej wyjątkowości, wyjątkowa, niwecząca dorobek innych przedstawiana jest własna koncepcja. Dowiedziałam się i było to dla mnie novum absolutne, ze dogoterapia to „bezwarunkowa przyjaźń”. I nie wiem, czy to w znaczeniu 1«bez względu na cokolwiek, nie stawiając warunków» czy 2.«koniecznie, bezwzględnie» I z perspektywy tego, co usłyszałam później, obstawiam to drugie. I dalej traktując nas jak dzieci, a nie jak dorosłych uczestników konferencji, których interesuje jak pomoc dziecku z autyzmem, pani tłumaczy, że jej pieski nie potrafią żadnych sztuczek, bo to nie są psy cyrkowe ( i tu się wyjątkowo zgadzam) i opowiada różne żarty. Dowiedziałam się też, że dogoterapeutka nie broni swoim psom reagowania, bo psy mają mieć możliwość wyrażania swoich emocji. Co to oznacza? Ano to, że pies szczeka w sytuacjach, gdy dzieci są pobudzone, niespokojne (cokolwiek to znaczy) i dzieci mają się uspokoić (cokolwiek to znaczy), bo piesek się denerwuje. Kolejny podany przykład dotyczy spożywania posiłków, gdzie pies jako pierwszy kosztuje różne rzeczy. Szczeka, czym wyraża aprobatę (wcześniej szczekanie było dezaprobatą dla zachowania). Było też o wspólnym malowaniu, graniu w piłkę, spacerach i o tym, że do śmierdzącego nowofundlanda nie mówi się, że śmierdzi i że ze śmierdzielem nawiązuje się relacje na zewnątrz. Także o tym, że nie ma lepszej relaksacji niż wywalenie (sic) się z psem na dywan i że lęk przed dentystą pokonuje się oglądając psie zęby u weta. Według dogoterapeutki na dogoterapii wszyscy mają się dobrze bawić, ma być przyjemnie. Człowiek ma nie wiedzieć, że wykonuje ciężką pracę i gdy pies przychodzi na zajęcia niepoczesany, to dziecko dostaje szczotę i robi wszystko, by rączkę rozprostować i pieska wyczesać, wymasować i olejkami natrzeć. To dla dzieci z problemami motywacji. I słysząc „wszyscy” sądziłam, że pies też... Pani sypała przykładami jak z rękawa. Same cudowne ozdrowienia Uratowany chłopiec, który był świadkiem pogryzienia mamy i nie mógł dalej prawidłowo funkcjonować. Gdyby nie pies prowadzącej do tej pory nie podołałby obowiązkom szkolnym i żył w fiksacji, bo jedynym zakłóceniem w jego autystycznym życiu był odgłos szczekających psów. A to może być niebezpieczne – stwierdza pani. Bo co wtedy kiedy dziecko będzie w szkole i usłyszy psa? O chłopcu zafiksowanym na tramwajach, któremu pies przypasował, bo nie zadaje pytań (ciekawe skąd to wie, że akurat to?) , o chłopcu obawiającym się własnego cienia, którego pies wyciągnął z osobistego mroku, o tych dzieciach źle odbieranych w środowisku, których wyleczyło krążenie wokół psa,o chłopcu, który przestał się moczyć z chwilą wdepnięcia w szczenięce siuśki, i inne - równie szokujące... Ale był jeden przykład, który mnie wręcz „zachwycił”. O kupie. Nie, nie absolutnie nie o tym, ze należy uczyć sprzątania po psach. Otóż z chłopcem, który ma problem z wydalaniem, nie idzie się do lekarza, tylko z psem w pole. Obserwuje się jak pies robi kupę. Wcześniej pokazuje się dziecku kupę z robalami (chociaż pani mówiła chyba, że z bakteriami, ale chyba przez pomyłkę, bo one trudne do naocznego obejrzenia) i jak pies tą kupę zrobi, to trzeba do psa miło powiedzieć, bo pies wtedy zamacha ogonem i się dziecku mówi, że pies się cieszy z tej zrobionej kupy i wydalenia owych niepożądanych gości. I zachęca się dziecko. Nie wiem tylko, czy do załatwiania fizjologicznej potrzeby również w polu… Za największy efekt końcowy prowadzonej terapii prowadząca uznaje podarowanie dzieciom z autyzmem...psa, który staje się najlepszym przyjacielem... Czy było o ograniczeniach metody? Owszem. Z 50 przypadków, pani nie osiągnęła sukcesu w 3: dziewczynka z białym szumem, chłopiec, który zawłaszczał psa dla siebie i reagował agresja wobec innych uczestników zajęć oraz dziewczynka, która usiłowała podpalić psa (tego ostatniego nie da się skomentować). Sposób prezentacji był trudny…. Konkluzja: Pies używany w dogoterapii powinien być przede wszystkim zdrowy do czego zaliczam również widzeniu obuoczne. Taka wada z pewnością ogranicza pole widzenia psa, co może mieć wpływ na ocenę otoczenia i związane z tym poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Nie zmieni tego zaufanie do właściciela, szczególnie do takiego, który co rusz pakuje psa w trudne sytuacje. Obecność psa na tego typu spotkaniach jak konferencja jest zbyteczna. Zapewne wszyscy dorośli wiedzą jak pies wygląda, szczególnie, że zachowanie psa wskazywało nie do końca dobre samopoczucie w tej sytuacji. Oczywiście nawet jak właścicielka widziała sygnały dyskomfortu to nie bardzo miała możliwość na nie zareagować. A infantylne tłumaczenie było zupełnie zbędne jak i końcowy pokaz posłuszeństwa polegający na wydaniu komendy siad, na która pies zareagował oraz komendy głos , co pies już wykonał z trudem. No chyba, ze właścicielka zna sygnały stresu ale na nie nie reaguje lub ich nie zna. Szczekanie jest naturalnym psim zachowaniem, które służy komunikacji. Pierwotną jego funkcją jest obrona swojego terytorium, pokarmu, ostrzeżenie grożenie i odstraszenie intruza . A zmuszanie psa do szczekania w takich sytuacjach może prowadzić do konfliktu, konfrontacji... Czy jak pies zaczyna szczekać na pobudzone dziecko to je prosi o spokój? Czy reaguje na zagrożenie? Czy powinno dochodzić do sytuacji, by pies musiał z takiej komunikacji korzystać? A co z dzieckiem? Każdy na widok szczekającego psa i pyska pełnego zębów zmieni zachowanie. Ale czy dziecko się uspokaja? Czy wyhamowuje pewne reakcje? Czy w ślad za zmianą zachowania, zmieniają się na oczekiwane również emocje? Czy u dziecka nie pojawia się i nie potęguje się lęk? A nie jak to jest w życzeniowym oczekiwaniu prowadzącej empatia, której dzieci z ASD w większości nie mają. U dzieci z autyzmem dąży się do generalizacji wypracowanych pożądanych zachowań i ich utrzymania w czasie. Czyli inny nauczyciel (bez psa), by „uspokoić ucznia ma zaszczekać? Czy prelegentka przygotowując przykłady ze swojej praktyki zastanawiała się, co ze zdobyta wiedzą mogą zrobić inni? Że na przykład mogą przyprowadzić na zajęcia psa i użyć wypracowaną komendę „głos” w sytuacji wystąpienia niepożądanych zachowań u dzieci? Czy uwzględnia, że może to być trudna sytuacja dla takiego dziecka, a nawet trauma? To są dzieci niepełnosprawne i to nie ruchowo, szczekanie psa może wywołać panikę u niektórych. Więc nie da się tego ot tak zastosować...Pies nie służy do ujarzmiania dzieci. Z jednej strony takie przełożenie : pies szczeka - ( informacja dla dziecka) bądź cicho, niby działa i jest nawet do przełożenia na inne sytuacje poza zajęciami. Moja w wątpliwość budzi jednak to, że dogoterapeutka wykorzystując szczekanie działa awersją na dzieci po to, by je wyciszyć. Zagrożenie jest chyba jednak dużo większe (może zrodzić fobie u dziecka) niż uzyskany efekt. No i nie ma tez mowy o pracy z użyciem pozytywnych wzmocnień a nawet pojawiać się może efekt negatywnych skojarzeń z psem. Dogoterapeutka wielokrotnie tez podkreślała, że to co najlepiej umie jej pies , to być najlepszym przyjacielem dziecka, że go bezwarunkowo akceptuje i nie ocenia. Ale to slogan, że pies nie ocenia i wszystkie dzieci akceptuje. Oczywiście ze względu na wygląd tak. Ale ze względu na zachowanie (czy zapach) już nie. Pies przy nadpobudliwym, głośnym czy agresywnym dziecku najczęściej się wycofuje, a może tez skoczyć na dziecko czy nawet zaatakować. Więc jednak ocenia i nie akceptuje! I kto jest wtedy winien? Pies, który nie został odpowiednio przygotowany (zdaniem niefachowców) czy źle przygotowany dogoterapeuta? A może to metoda została źle dobrana do dziecka? Chociaż z moich obserwacji wynika, ze takich selekcji się kompletnie nie prowadzi… I kto powinien być najlepszym przyjacielem dziecka? Pies? Poważanie? Absurdem jak dla mnie jest namawianie rodziców do zakupu psa dla niepełnosprawnego dziecka i uznanie tego za największy efekt terapii. Powodów jest wiele. Mogłabym każdy z zaprezentowanych przypadków rozłożyć na czynniki pierwsze i wskazać bajkowe w nich elementy.. Pani swą prezentacją wcisnęła metodę w kąt pseudoterapii i to ten ciemny, bo: twierdzenia pseudoterapii często bazują jedynie na pozytywnych jednostkowych przypadkach, podsycających emocje i wzbudzających naturalną nadzieję. Błąd polega jednak na tym, że z sytuacji jednostkowej i izolowanej tworzy się uogólnienia sprawiające wrażenie prawdziwości i uniwersalności, albowiem znalezienie przykładu czy dowodu na niezgodność z tymi twierdzeniami jest niezwykle trudne bądź nawet niemożliwe. Intensywna praca badawcza nad jednostką, zwana studium przypadku, odgrywa pożyteczną rolę w nauce, szczególnie w badaniach klinicznych. Kliniczne studium przypadku zazwyczaj składa się z bardzo szczegółowego i logicznego opisu. Dobrze skonstruowane studium w dużej mierze jest jak finezyjnie napisana powieść. Może wywrzeć silne wrażenie, ponieważ często zmienia nietypowy, abstrakcyjny zamysł w coś namacalnego i inspirującego. Studium przypadku z naukowego punktu widzenia jest jednak niewystarczające, by obronić twierdzenie o korzyściach wynikających z terapii. Pseudoterapia tymczasem opiera się prawie całko-wicie na studiach przypadków, świadectwach i osobistych doświadczeniach jako źródłach dowodów na słuszność twierdzeń i efektywność leczenia. Takie opisy są wysoce przekonywające, szczególnie wówczas, kiedy są prezentowane przez osoby postrzegane jako uczciwe lub szczerze zmotywowane w dążeniu do niesienia pomocy innym. Im bardziej niezwykłe jest twierdzenie (omal zbyt piękne, by mogło być prawdziwe), tym większa winna być względem niego ostrożność i tym bardziej wymagające oczekiwania wobec jego świadectw. W raporcie NAC(National Autism Center) stanowiącym podsumowanie badań nad terapią dzieci, młodzieży i dorosłych z autyzmem, którego celem nadrzędnym jest wyłonienie tych form terapii, które odznaczają się największą skutecznością opartą na rzetelnych dowodach naukowych dogoterapię zakwalifikowano do oddziaływań nieustanowionych, czyli takich gdzie nie wykazano ich korzystnego wpływu terapeutycznego w pracy z osobami z ASD czemu dogoterapeutka próbowała zaprzeczyć... M

Mowgli – baśniowe elementy w ludzkim rozwoju

Ostatnio coraz częściej napotykam teksty sugerujące, że w procesie edukacji - szczególnie dzieci, ale i dorosłych - niesłychanie ważne są kompetencje społeczne rozwijane przy pomocy psów. Przez kompetencje społeczne należałoby rozumieć złożone umiejętności warunkujące efektywność radzenia sobie w sytuacjach społecznych określonego typu. Umiejętności te jednostka nabywa w toku treningu społecznego (Matczak, 2001). Zdaniem autorki powyższej definicji kompetencje społeczne warunkowane są cechami osobowości, temperamentem, inteligencją ogólną, społeczną i emocjonalną. Cechy wrodzone i społeczne doświadczenia są istotnymi czynnikami wpływającymi na poziom kompetencji. Nęcka (2003) określa kompetencję społeczną jako "skuteczność działania w trudnych sytuacjach społecznych", "osiąganie celów w życiu społecznym". Z kolei według Spitzberga i Cupach'a, jest to zdolność do budowania więzi emocjonalnych z innymi ludźmi, ujmowanych w kategoriach definiowania relacji, tworzenia, rozwijania i utrzymywania związków oraz uzyskiwania społecznego poparcia. Wysoki poziom kompetencji pozwala na znajdywanie dużej ilości wyjaśnień oraz przewidywań dotyczących własnych zachowań, oraz zachowań partnerów interakcji, tworzenie złożonych i bardziej zróżnicowanych konstrukcji tychże interakcji. W ujęciu Michaela Aryle, kompetencje społeczne są zbiorem takich umiejętności, od których zależy możliwość adekwatnej reakcji na określoną sytuację społeczną. Za powstanie, rozwój kompetencji społecznych, odpowiedzialne są zdolności niezbędne do przetwarzania informacji behawioralnych, które Argyle określił jako inteligencję społeczną. Za pomocą kompetencji społecznych możemy zorientować się, jaką strategię należy zastosować, żeby zrealizować własne cele. Wymienia się tu następujące umiejętności społeczne: • umiejętność nawiązywania bliskich kontaktów interpersonalnych. Osoby komunikując się pełnią równolegle dwie funkcje: nadają i odbierają komunikaty. Nadawane komunikaty i sygnały mają określone znaczenie. Ich forma i treść musi być czytelna i zrozumiała dla wszystkich partnerów interakcji. Możemy wyróżnić kilka elementów składowych różnego typu interakcji. Przede wszystkim należałoby tu wspomnieć o wzajemnym poznawaniu się i rozumieniu. Składa się na to zdolność obserwacji zmieniających się uczuć, nastrojów. Śledzenie toku myślowego czy też zmian w zachowaniu drugiej osoby. Ważna jest tu również umiejętności obserwacji i oceny swoich własnych reakcji oraz zachowań w konkretnych sytuacjach interpersonalnych. • nagradzanie, czyli umiejętność udzielania wzmocnień społecznych, które wpływają na utrzymanie związku, podniesienie atrakcyjności oraz umożliwiają wywieranie większego wpływu na osobę; • empatia i umiejętność podejmowania ról innych ludzi, które są ważne zwłaszcza w pracy zespołowej, w psychoterapii oraz w związkach miłosnych i przyjacielskich; • asertywność, czyli umiejętność obrony własnych praw bez okazywania agresji; • komunikacja werbalna (zwłaszcza na poziomie abstrakcyjnym) i niewerbalna; • inteligencja społeczna i umiejętność rozwiązywania problemów, istotna zwłaszcza w przypadku częstego występowania konfliktów (np. w pracy); • umiejętność korzystnej autoprezentacji - efektywność zachowań w sytuacjach ekspozycji społecznej (Terelak J., Bułdys J., 2003). Przedstawianie siebie w jak najkorzystniejszym świetle, dostosowanie swoich postaw sposobu zachowania, swojego wizerunku do oczekiwań i preferencji odbiorców jest niezmiernie istotne w wielu sytuacjach społecznych. (Borkowski,2003). Sztuka autoprezentacji, polegająca na "zachowywaniu się w pewien określony sposób tylko po to, by zrobić na innych duże wrażenie, które najpewniej wywoła reakcję taką, jaką osoba chciałaby uzyskać" (Szmajke, 1999) Bezpośredni wpływ na poziom kompetencji społecznych ma tak zwany trening społeczny, "odbywany w sytuacjach życia codziennego czy pracy zawodowej, jak i taki, który dokonuje się w toku specjalnych oddziaływań szkoleniowych" (Matczak, 2001) Nabywanie umiejętności społecznych odbywa się zatem od najmłodszych lat w warunkach naturalnych, lub może być świadomą decyzją poddania się oddziaływaniom szkoleniowym czy terapeutycznym (Argyle, 1994; Grabowska, 2000; Matczak, 2001; Sowa, 2000). Pojęcia kompetencji społecznych i obywatelskich znajdują zastosowanie na gruncie wielu nauk społecznych – od psychologii, przez socjologię, pedagogikę, aż po ekonomię. Jednocześnie są to pojęcia niedookreślone, trudne do zoperacjonalizowania, a więc też niełatwe do przełożenia na potrzeby badań naukowych czy pomiar efektów działań edukacyjnych. Wobec rozproszenia definicji w dyskursie naukowym nie dziwi dość swobodne ich przywoływanie w dyskursie publicznym. Powyższe definicje jednoznacznie wskazują jednak, ze psy nie rozwijają kompetencji społecznych człowieka. Kompetencje społeczne rozwijają się od najwcześniejszego dzieciństwa, ale decydujące są tu relacje dziecka z opiekunami. A funkcjonowanie odnalezionych „dzikich dzieci” dobitnie to potwierdza. Chłopca, który miał ok. 4 lat znaleziono w lesie w 1972 roku w Indiach. Gdy go dostrzeżono bawił się z wilkami. Późniejsze obserwacje pozwoliły stwierdzić, że stał się całkowicie mięsożerny. Przeżył, bo polował na kury. Dziecko miało odciski na łokciach oraz kolanach, zaostrzone zęby i haczykowate paznokcie. Ostatecznie chłopca udało się oduczyć jedzenia surowego mięsa. Nie udało się go nauczyć mówić, posługiwał się kilkoma znakami języka migowego. W 1985 roku zmarł (w wieku ok. 17 lat) Prowadzone w ograniczonym wymiarze badania nad tymi dziećmi sugerują, że wzrastanie poza społeczeństwem ma największy wpływ na osobowość, umiarkowany na inteligencję, a najmniejszy na sprawność fizyczną. I sama nie wiem, czy powodem posługiwania się psem w rozwoju kompetencji społecznych jest brak rozumienia tego terminu, nierzetelność osób z wykształceniem, z którego zostali rozliczni czy psy tak głęboko wniknęły w nasz świat , że zastępują już ludzi ? Ale to ostatnie należy raczej uznać za upadek naszych społecznych kompetencji niż na ich rozwój...

Uśmiech dziecka, czyli co nakręca w dogoterapii?


Przyglądając się licznym wypowiedziom na portalach społecznościowych dotyczących terapii i edukacji z udziałem psów można by sądzić, że dogoterapeuta w tych czasach to wolontariusz z wizją uratowania świata. A dobro dzieci (chociaż czasami ograniczone do nauki, jak dobrze klepać psa)  to jedyny wyraźnie zaakcentowany motyw do ponoszenia dużych kosztów związanych z zakupem wysoce wyspecjalizowanego szczeniaka i  zdobycia certyfikatu, najlepiej na druku MEN -- w co trudno uwierzyć ;-)
To, że motywują nas pieniądze jest wiedzą powszechną i chyba nie należy się tego wstydzić (no chyba, że to jedyny cel).  A uznanie? Czy pochwała (premia) nie są wyznacznikami tego, że wykonuje się pracę dobrze ? A osiągnięcia? Tutaj najczęściej własne utożsamiane z osiągnięciami dzieci ( które w większości można uzyskać bez udziału psów), czyż nie odczuwamy satysfakcji po tym, jak uda się – nierzadko pokonując przeciwności i trudności – osiągnąć zamierzony cel i zrealizować zadanie? Jest jeszcze prestiż. Szacunek otoczenia – znajomych, rodziny. Status społeczny związany z wykonywaną pracą, to również czynnik napędzający zaangażowanie w pracę. Jakie prace wybierać, jeśli ważny jest  prestiż? Ano takie, które cieszą się społecznym uznaniem – czy dogoterapeuta nie jest tu dobrym przykładem? Siła i sprawczość. Poczucie kontroli nad innymi można nazwać potrzebą siły – nie chodzi tu jednak o przemoc, a o poczucie tego, że mamy wpływ na to co dzieje się z innymi. No i wysokie poczucie własnej wartości (tak mocno podkreślane w efektach). Czy czujesz się jednym z wielu, czy jednostką wyjątkową, którą trudno byłoby zastąpić? Poczucie niezastąpienia, wyjątkowości jest dla wielu silnym motywatorem. W końcu dogoterapeuta to ktoś  o uprawnieniach, których nie mają inni – nawet na podobnych stanowiskach. Wszystkie wymienione wyżej czynniki są w pracy ważne. Dla każdego  pewnie w nieco innym stopniu. Warto jednak poznać swoją motywację, by lepiej poznać siebie. Więc, czy aby na pewno te psy są ciągane wyłącznie dla dobra dzieci?
AAE. Czy dotykanie psa to jedyny kanał jego dobrego poznania? A bez psa nie można? Otóż można.  Dobrych manier wobec psów można  nauczyć bez ich udziału. Można bez psów wyedukować dzieci  w zakresie bezpiecznych zachowań w obecności psów oraz odpowiedzialnej opieki nad nimi. Przecież ucząc zachowań wobec młodej sarny, czy napotkanej żmii, nie przynosi się ich do szkoły. Psy nie są potrzebne, by dzieci nauczyły się odróżniać kolory, dodawać patyczki i pokonywać tor przeszkód na wuefie.
 Czy rola psów – tak mocno podkreślana - nie jest aby wyrazem zwątpienia we własne kompetencje i kreatywność? Scedowanie na psa odpowiedzialności za atrakcyjność zajęć jest mocno wyeksponowane, a zadowolenie dzieci (szczególnie ich uśmiech) jest tak mocno podkreślane, jakby w życiu tych biednych dzieci nie było innych powodów do radości. A ja tu autorytarnie stwierdzę, że przynoszenie kartonowego pudła (zawierającego proste w kreatywny sposób wykorzystywane przedmioty) budzą tyle samo pozytywnych emocji, jak nie więcej. Bo do głosu dochodzi jeszcze dziecięca kreatywność, spontaniczność, a nie odwzorowywanie narzucanych zazwyczaj pomysłów. Warto też nie przeceniać swojego udziału, bo radość dzieci może być spowodowana efektem nowości ( to, co sporadyczne, zawsze bardziej cieszy niż powszechne), a może też hedonizmem – bo to zajęcia o niskim stopniu intelektualnego zaangażowania, a nikt nie lubi się przemęczać…  Czy dlatego że zwierzęta nie są takie jak ludzie, mogą jawić się człowiekowi jako „lepszy człowiek” i tłumaczyć rosnące w ostatnich latach znaczenie zwierzęcia jako „terapeuty” bądź pedagoga?
Nie bardzo też wiem, jak można pogodzić deklarowaną miłość do psów, uczyć dzieci dbałości o psy, a jednocześnie pakować je w trudne sytuacje i to często bez jakiegoś logicznie uzasadnionego powodu. A to, że za naturalne środowisko psa uznano  człowieka, jego strukturę społeczną i otoczenie nie daje człowiekowi uprawnień do podporządkowania psa do swoich potrzeb nie uwzględniając jego.
Może to brzmi płytko, ale nie oszukujmy się dogoterapia to niezły biznes ( więcej zanotowałam ogłoszeń o kursach niż zainteresowanych nimi osób). No i nakręcanie popytu na psy….to bardzo dochodowy interes dla „wyspecjalizowanych” hodowli.

 Dogoterapaia w Polsce kiepskością stoi. I wiem, że większość zaprzeczy. Wiem też, że to się szybko nie zmieni, bo świadomość to jeszcze nie wszystko.

Owce to nie zabawki dla psów

Z <https://www.blogger.com/blogger.g?blogID=5178687788250986365#editor>
Wystarczy postawić pasącym kilka prostych pytań na temat pasienia, by uzyskać niezłożone odpowiedzi, wyraźnie wskazujące na niedostateczną wiedzę o owcach oraz na egocentryczną motywację do jego praktykowania. Viola Hebeler  (specjalistka od borderów i lek.weterynarii) stwierdza :” pies pasterski, jako pies domowy jest niezrównoważony. Jako pies pracujący jest umysłowo nieprzystosowany. Dostarczanie mu owiec jako zadania jest niezgodna z prawem ochrony zwierząt. Owce to nie zabawki dla psów”.

    Niektórzy mają rację, jestem zamknięta na rozmowę o pasieniu. I nie do przekonania ani dobrym słowem, ani kijem. Nigdy taki sposób aktywności z psem nie przyszedł mi nawet do głowy, a już z pewnością nie zauczestniczę w pasterskim wydarzeniu w żaden weekend.  Nie jednak z powodów wymienionych w żałosnej próbie dyskredytacji mnie jako  interlokutora i człowieka. Długo zdobywana, kształtowana i ugruntowana wiedza, pozwala mi śmiało wyrażać  swoje w tym temacie stanowisko. Nie muszę się przy tym posiłkować personalnym  atakiem dla jego obrony . O ile w sytuacji dogoterapii (czy pracy z koniem) można się doszukać racjonalnego tłumaczenia owych działań. Przy tym można tak owe działania zorganizować, by zminimalizować dyskomfort zwierząt, o tyle w przeganianiu owiec, specjalnie w tym celu trzymanych i rozmnażanych, z kąta w kąt przez przypadkowe psy i ludzi, trudno się owego rozsądku i racjonalności doszukać.  Ja rozumiem (nie tłumaczę), że zanegowanie czegoś, co się komuś wydaje świetną zabawą, że informacja , która jest sprzeczna z wyobrażeniem siebie jako osoby rozsądnej i sensownej budzi poznawczy dysonans. A ten zaś wywołuje uczucie dyskomfortu,  co z kolei uruchamia podejmowanie prób mających na celu jego zredukowanie.
Zostaje żałować, że nie jednak poprzez zmianę zachowania, a poprzez podejmowanie śmiesznych sposobów…
Zaganianie owiec psami nie ma w polskiej rzeczywistości swojej historii (szczególnie psami sprowadzonymi z Ameryki, czy Australii). 

Ale w historii jest, że przeganianiem owiec zajmowali się najczęściej najgłupsi w wiosce…

Pies w terapii

Informacje: e-mail: beatacool@gmil.com
To moja kolejna publikacja  Tym razem nie jest to poradnik metodyczny, jak poprzednie. Pierwszy rozdział dotyczy udomowienia,kolejny teorii wyjaśniających efekty terapeutyczne interakcji człowiek- zwierzęta, natomiast pozostałe zawierają kwestie dotyczące dobrostanu psów angażowanych w terapii. Od definicji, poprzez sygnały obniżonego dobrostanu, na standardach pracy kończąc. Zapraszam do lektury.

http://allegro.pl/pies-w-terapii-kulisiewicz-dogoterapia-i6860302325.html

Owce i barany ....

     Postawy człowieka wobec niektórych zwierząt często są zdumiewająco zmienne i arbitralne. Dziwaczne zaiste i „cudowne” bywają też sposoby, jakimi ludzie próbują tłumaczyć te różnice. Zwierzęta poddane są woli człowieka, a dla większości gatunków ta utrata niezależności ma niszczycielskie konsekwencje. Wykorzystywanie zwierząt może posunąć się bardzo daleko.
     Być może wydaje się, że słoń siedzący na stołku odczuwa radość. Być może człowiek  wierzy, że psy chętnie noszą barwne ubranka … każe więc im to robić i zaprzecza oskarżeniom, iż wykorzystuje te zwierzęta wyłącznie dla siebie.
     W ostatnich dekadach można zauważyć wzrost zainteresowania owcami jak najzupełniej prawdziwymi. A dokładniej wykorzystaniem psów do pasienia owiec. Oczywiście psy pasterskie pomagają ludziom od dawna, ale zainteresowanie tym zajęciem statystycznych właścicieli owczarków jest zjawiskiem relatywnie nowym.
     Z pozoru można by zaliczyć pasterstwo do fali zainteresowania sportami kynologicznymi, wymagającymi redefinicji relacji człowiek pies w oparciu o nowe metody szkoleniowe. Jednak tylko z pozoru. Dyscypliny takie jak agility, dogfrisbee są sportami bezpośrednio wynikającymi ze zmian w relacji człowiek – pies i  stanowią próbę zastąpienia dawnych aktywności. (Włodarczyk, 2014)
      Skąd więc wziął się wzrost zainteresowania pasieniem? Jaką potrzebę, a może jaką fantazję chce zrealizować praktyk pasterstwa? Czy to jedynie atrakcyjna forma spędzania wolnego czasu? Możliwa droga życiowa prowadząca do uzyskania dóbr materialnych  i prestiżu społecznego? Sposób „leczenia” psów z ich behawioralnych problemów? A może to pastoralizm -  nostalgiczny zwrot ku przeszłości ? Jednak związane z nim wartości („powrotu do natury”) są sprzeczne z filozofią większości obrońców praw zwierząt oraz z głęboką ekologią.
W Szwecji ustawa o ochronie zwierząt utrudnia organizowanie szkoleń i zawodów pasterskich jako wywołujących dyskomfort zwierząt gospodarskich (tamże).
     Nie brakłoby palców jednej ręki do policzenia osób, które najpierw zajmowały się hodowlą bydła lub owiec, a  dopiero później kupiły psa do pomocy w gospodarce. Najczęstszy scenariusz jest jednak taki, że najpierw człowiek nabywa psa rasy pasterskiej, a później zaczyna interesować się i parać pasieniem. Są to zatem osoby,  których relacja z psem jest relacją podstawową, a pasienie ma być formą powrotu do użytkowości psa. Sęk w tym, że ta „naturalna” wartość jest tworzona sztucznie. Biorąc pod uwagę choćby wystawy psów rasowych, które nie przysłużyły się psom pasterskim, gdyż pod wpływem selekcji wyłącznie pod kątem eksterieru doprowadzono do zaniku instynktu pasterskiego (zresztą bardziej umiejętności niż instynktu  i wywołanej w drodze sztucznej selekcji i uczenia).
     Aspirujący pasterz nie ma rzeczywistej potrzeby posiadania psa pasterskiego, a zaganianie owiec psami nie ma nawet w polskiej rzeczywistości długiej i znaczącej historii (szczególnie psami sprowadzonymi z Ameryki, czy Australii). Większość osób zaangażowanych w pasterstwo w ogóle nie posiada owiec ( i niewiele, a właściwie nic o nich nie wie), to opiekunowie najczęściej jednego psa (często problemowego), którzy chcą sprawdzić, czy zachował on swój pierwotny instynkt (pasienia, rozumiany jako przerwany w odpowiednim momencie łańcuch łowiecki – co ważne). Jeżeli pies „instynkt zachowa”, a przynajmniej jeśli wygląda, jakby to lubił, decydują się kontynuować zajęcie. Jednak są to osoby związane ze swoimi psami silną więzią afektywną, niezależną od ich wartości użytkowej. Priorytety takiego opiekuna psa, który nie jest właścicielem stada, będą zupełnie inne. Weekendowego pasterza nie interesuje, czy to jest dobre dla owiec. Nie wie, bądź nie zauważa różnicy w pracy psa, który od szczeniaka przebywa na farmie, od tego, który widzi owce sporadycznie. Pies pomagający hodowcy w pracy nie powinien prezentować żadnych zachowań agresywnych w stosunku do owiec, jeśli im zagraża, atakuje, rani, powoduje wypadki - jest eliminowany z tego typu pracy jako potencjalne zagrożenie dla stada. Dla hodowcy jest to  priorytetem, bo każda owca to potencjalny zysk w postaci wartościowego mięsa, skóry i runa, a jej leczenie przysparza dodatkowych kosztów.
W pasieniu sportowym czy tym weekendowym priorytetem jest pies, a owca nie stanowi żadnej wartości.
     Czy weekendowy pastuch wie, że owca odróżnia poszczególnych  drapieżników i że każdy kolejny pies, to nowa niewiadoma, być może kolejne zagrożenie dla życia? Owce nigdy nie straszone, nie zaganiane, dobrze traktowane potrafią w sytuacji zagrożenia bronić siebie i jagnięta. I nie jest prawdą, że stado owiec, które nie zna zaganiania i psów, będzie przed psem uciekać bardziej niż te „oswojone” z pasieniem.
     Czy owcopas ma świadomość, że organizatorzy pasienia często oddzielają jagnięta, co jest dla nich sporym stresem? Pozbawione wsparcia dorosłych maluchy łatwiej przestraszyć, częściej będą szukać jakiejkolwiek pomocy, choćby obcego człowieka. Nie ma też zagrożenia, że dorosłe pewne siebie osobniki stawią psu opór (o ile w owcach nauczonych uciekania od psa w celu uniknięcia kłopotów, może pojawić się jeszcze jakiś opór). Tak więc jeśli pasterz wie, to pewnie to egoistycznie docenia. Młode owce oddzielone od dorosłych, wystraszone w poszukiwaniu pomocy pchają się pod nogi człowieka (starsze wiedzą, co robić, żeby chronić się przed psem... w miarę możliwości), co ten odczytuje jako wynik fantastycznej psiej pracy. Czy przewiduje, że  jagnię oddzielone od matki nie ma szans z psem, często nie kontrolującym zachowań agresywnych?
Czy widzi stres, strach i ból uciekających, oddzielonych chwilowo od grupy, czy zrzucających z grzbietu psa lub pokąsanych owiec, czy też traktuje takie wypadki, jako naturalny etap w osiągnięciu psiego mistrzostwa? I rzecz jasna swojego.
Pasienie staje się modne, coraz częściej bywa brutalną zabawą, formą wyżycia się sfrustrowanych, czasami agresywnych psów. Mało kto w tej zabawie patrzy na owce, są tu tylko narzędziami.
Czy psy zasługują na względy moralne bardziej niż owce? Czy mają jakąś charakterystyczną cechę, która upoważnia je do tak uprzywilejowanego traktowania?  Zrozumiałe, że psy pod względem estetycznym są od owiec przyjemniejsze. Ale czy uroda celebrytki  daje jej moralną wyższość nad mało przystojnym biskupem? Owce wcale nie są mniej inteligentne od psów: są zwierzętami społecznymi, wrażliwymi, a oswojone stają się miłymi pieszczochami. Mają coś na kształt kodeksu zasad przekazywanego z pokolenia na pokolenie w stadzie oraz subtelną komunikację, którą zaczyna się poprawnie czytać przebywając z nimi kilka godzin dziennie przez długi czas. Rozpoznają twarze i świetnie je zapamiętują, potrafią też  rozpoznać ludzkie emocje. Czy człowiek potrafi to samo względem nich? Mają zaawansowane umiejętności uczenia się, niektóre zadania rozwiązują na poziomie równym naczelnym, potrafią planować i przeżywać żałobę. Aby nie rzucać się w oczy drapieżnikowi, unikają okazywania bólu.
Dlaczego niektórzy nie kierują się wobec nich takimi samymi względami moralnymi, jak wobec psów? I oto paradoks. Z jednej strony mają zwierzęta nazywane ulubieńcami. Karmią je i o nie dbają. Okazują oburzenie i gniew, gdy są źle traktowane, a z drugiej strony są zwierzęta, które traktują jak bezwartościowe przedmioty, pozbawione uczuć i wrażeń. Jakość życia jaką im fundują „ miłośnicy zwierząt”, świadczy często o ich pogardzie. Ów stan rzeczy jest niepokojący dlatego, że hołduje dwu całkowicie sprzecznym systemom wartości moralnym. Sytuacja ta byłaby moralnie i psychicznie trudna do zniesienia, ale tak nie jest. Człowiek rozmyślnie fabrykuje rozgrzeszające usprawiedliwienia krzywdzenie zwierząt i ich cierpień.
Często rozpowszechnioną metodą uzasadniania szkodliwej eksploatacji innych istot jest tworzenie ich fałszywych wizerunków (głupia owca); rozmyślne lub nieświadome zniekształcanie faktów (owcom to nie przeszkadza, nie uciekają, tylko się przesuwają), tak by cierpienie zwierząt wydało się właściwe (są uwarunkowane genetycznie, uratowano je przed rzeźnią) lub nawet konieczne ( pasąc mój piesek się naprawił)…

Prawda jest taka, że to właśnie empatia i identyfikowanie się ze zwierzętami oraz odczuwanie winy i wstydu za ich krzywdzenie jest dla człowieka  czymś normalnym i naturalnym. Jest istotą człowieczeństwa. O człowieku świadczy jego stosunek do zwierząt.

Zanim człowiek posiadł umiejętność udomowienia zwierząt dla własnej korzyści, musiał najpierw stoczyć wewnętrzną walkę. Dopiero gdy posiadł umiejętność kontrolowania własnych odruchów, poskramiania własnych popędów oraz rezygnowania z bezpośredniego i natychmiastowego zaspokajania własnych potrzeb - nauczył się odpowiadać za swoją trzodę. Warunkiem opanowania zwierzęcia było samoopanowanie człowieka. Niestety niektórzy, wciąż tego nie potrafią….